Lodowata woda, gorące nadzieje i chłodne dane – tak można streścić zimowy eksperyment, w którym postanowiłem sprawdzić, czy da się naprawdę wzmocnić układ odpornościowy. Po serii infekcji, kaszlu i żołądkowych rewolucji, ciało domagało się ochrony. I wtedy pojawił się pomysł: może morsowanie? Może witamina C? Może… coś zadziała?
Lodowata woda, gorąca adrenalina
Temperatura wody: 3,9°C. Nastrój: graniczący z szaleństwem. Wchodząc do zimnego zbiornika, słyszę ostrzeżenie: to nie jest zimna kąpiel — to kąpiel w lodzie. Ale po kilku minutach pojawia się fala – adrenalina, przypływ białych krwinek, układ odpornościowy staje na baczność. Brzmi dobrze? Niestety, efekt utrzymuje się zaledwie kilka godzin. Prof. Eleanor Riley tłumaczy, że potem wszystko wraca do normy. Żadnych dowodów, że zimna woda chroni przed przeziębieniem.
Ruch działa – ale nie jak magiczny eliksir
Zamiast morsowania, może lepiej postawić na regularny ruch? Badania pokazują, że umiarkowana aktywność fizyczna zmniejsza liczbę infekcji wirusowych. Choć nie jest to panaceum, osoby aktywne chorują rzadziej. Ćwiczenia mogą nawet spowalniać starzenie się układu odpornościowego – czego dowodem są 80-letni kolarze, których organizmy przypominają młodsze o kilka dekad. Nie jest to może mocna próbka, ale brzmi wystarczająco zachęcająco, by wsiąść na rower.
Witaminy, sen i… rytm dobowy
Witamina C? „Zdecydowane nie” – mówi dr McCartney. Dodatkowe dawki nie wzmacniają odporności, a multiwitaminy zamieniają się w kosztowny mocz. Witamina D – to już inna rozmowa, ale korzyści pojawiają się głównie przy dużych niedoborach. Najbardziej niedocenianym sprzymierzeńcem odporności okazuje się… sen w stałych porach. Układ odpornościowy działa najlepiej rano i wczesnym popołudniem – rytm dobowy naprawdę ma znaczenie. A największymi wrogami odporności są nie zimno, a papierosy, otyłość i przewlekły stres. Jak mówi prof. Tregoning – palenie zamienia nasze płuca w sito. A przez sito, jak wiadomo, wszystko przecieka.